September 24, 2011

Savoir vivre..

Po wielokroć próbowałem odpowiedzieć nie tylko sobie na pytanie, dlaczego mimo zachowania wszelkich niezbędnych warunków niektóre koncerty, nagrania, a nawet dorobek niektórych zespołów nie porywają, nie uwodzą, pozostawiają niedosyt, a my jako słuchacze pozostajemy z rozczarowującym przeświadczeniem, iż czegoś nam w tym akcie twórczym nie stało.. Jeśli zakładamy, że mamy do czynienia z profesjonalnymi muzykami, którzy umiejętności warsztatowe mają opanowane w przysłowiowym jednym palcu, to dlaczego niejednokrotnie, niemalże niemożliwą staje się odpowiedź na pytanie dlaczego owe braki i czego niedosyt odczuwamy? Czy gubimy coś na lini przekazu nadawca-odbiorca, czy to może nadawca (w tym przypadku muzyk) czegoś nam nie przekazuje? No i w końcu, czy wszyscy słuchacze odbierają takie same spektrum przekazywanej muzyki, czy też nasze możliwości odbioru różnią się od siebie w sposób znaczący?

Aby odpowiedzieć na te pytania należy w pierwszej kolejności odpowiedzieć na inne, a mianowicie, czego poszukujemy w muzyce, bo tylko wtedy będziemy w stanie zauważyć czego nam w niej może zabraknąć.. Jest to wiedza o tyle ważna, iż będzie determinować nasze przyszłe wybory i oceny, a wraz z nimi będzie wpływać na nasz bardziej świadomy odbiór sztuki i osobisty rozwój jako świadomych słuchaczy muzyki.. Otóż na poziomie czystym odbieramy muzykę poprzez emocje i prostotę/bezpośredniość jej przekazu (to dlatego od małych dzieci nie sposób usłyszeć opini, iż ten utwór mi się nie podoba, bo jest folkowy).. Na poziomie definicji, który pojawia się wraz z naszym rozwojem, sprawy zaczynają się komplikować i mamy do czynienia z odbiorem muzyki poprzez identyfikację.. Identyfikujemy w kolejności mniej więcej chronologicznej: artystów, gatunki, style, koncepcje, techniki wykonawcze, czy nawet składy zespołów.. Po zgromadzeniu odpowiedniej i dla każdego różnej liczby identyfikacji / preferencji, mamy do czynienia z mniej więcej ukształtowanym (?) odbiorcą/słuchaczem..

Po tak ogólnym przybliżeniu tematu, warto dokładniej przyjrzeć się czego poszukujemy w jazzie i muzyce improwizowanej, oraz co najczęściej pojawia się na liście naszych oczekiwań.. Aby lista ta stała się jak najbardziej dokładna, warto przypisać każdemu wymienionemu tu elementowi (cesze), jego anty-element (anty-cechę), bowiem wiele z wymienionych tu identyfikacji współnależy także do innych gatunków muzyki i tylko dopełnienie ich o anty-identyfikacje pozwoli znacznie dokładniej opisać terytorium jazzu wraz z wszelkimi jego podgatunkami.. Warto także zwrócić uwagę na fakt, iż jazz wciąż ewoluuje i jego historyczne naleciałości wciąż determinują nasze oceny, a wyrazowe braki nie będą w stanie być zastąpione przez estetyczny nadmiar i odwrotnie.. Najogólniej, cechy te, to: zindywidualizowane brzmienie, spersonalizowana wirtuozeria, wyeksponowany rytm, wielowątkowa harmonia, emocjonalność wykonawcza, w końcu komunikacja, jako element oddzielający ziarno od plew..

Wszelkie identyfikacje, w tym:
- estetyczne (słuchamy z większą ochotą określonych składów, określonych intrumentów)
- gatunkowe (wybieramy określone gatunki muzyczne)
- społeczno-snobistyczne (skłaniamy się ku nurtom faworyzowanym w kręgach naszych znajomych, lub tym uznanym przez nich za wartościowsze)
- wykonawcze (akceptujemy jedynie muzykę, którą charakteryzuje poprawność wykonawczo-gatunkowa; akademizm)
- dziennikarsko-modowe (faworyzujemy to, co aktualnie modne i nowe)
choć ułatwiają (nam) klasyfikowanie katologu muzyki, wpływają jednocześnie zakłócająco na odbiór muzyki jako takiej, muzyki jako czystej formy..

Teraz pozostaje mi odwołać się do tytułu tego postu i wyjaśnić, co miałem na myśli, nadając mu taki tytuł, choć równie dobrze mogłem go nazwać identyfikacja vs komunikacja w muzyce.. Otóż, o ile identyfikacje pozostają po stronie słuchaczy, o tyle mamy do czynienia z sytuacją bezpieczną, bo nienarażającą nikogo spoza na ograniczenia.. O ile natomiast identyfikacje zaczynają interesować muzyków, o tyle my jako odbiorcy jesteśmy owym ograniczeniom bezwiednie poddawani.. Wyobraźmy sobie sytuację, w której na scenie pojawia się zespół muzyków zainteresowanych wyłącznie zidentyfikowaniem się z danym nurtem.. Ich działania muzyczne oprą się wyłącznie na osiągnieciu przewidzianego efektu, będą oni niczym goście przy stole stosowali się do zasad savoir vivre przypisanych do danej etykiety wykonawczej.. Ich swoboda wykonawcza będzie ograniczana przez wytyczne danego gatunku, a tam gdzie ograniczana jest swoboda, automatycznie zostaje ograniczany poziom komunikacji, a wszystkie gesty stają się przewidywalne.. To rzecz jasna kłóci się z przesłaniem wolności, witalności i entuzjazmu, które jazz w swoich najwartościowszych odsłonach wnosi do bogactwa muzyki, a zarazem (tendencja ta) ogranicza intymny przekaz jaki mógłby zaistnieć między muzykiem, a odbiorcą..

Na łamach Jazz Essence wielokrotnie już próbowałem przybliżać zasady jakimi rządzi się muzyka i jak współgrają ze sobą jej elementy, i choć pewnie nie sposób odpowiedzieć na te pytania jednoznacznie ja głęboko wierze, iż muzyka jest sztuką komunikacji poprzez dźwięki.. Jeśli zatem muzyka niczego nie komunikuje, a tworzący ją muzycy nie starają się poprzez nią niczego nam przekazać mamy zapewne do czynienia z produktem bezwartościowym, lub chociażby ułomnym.. Jestem również przekonany o tym, iż to właśnie brak tego decydującego elementu wywołuje u nas wspomniane na początku tego postu poczucie niedosytu, braku, a nawet rozczarowania.. W epoce kultu opakowań jakże często mamy do czynienia z muzyką pustą i powierzchowną, w której estetyczny nadmiar (identyfikacja) próbuje przykryć wyrazowe braki (komunikacja).. Warto w tym miejscu odpowiedzieć sobie na pytanie czym to jest powodowane i zauważyć po czyjej stronie leży wina za taki stan rzeczy.. Pragnę jednocześnie z całą mocą podkreślić, iż nie wierzę, aby komunikacja owa była możliwa bez oparcia na estetycznym szkielecie i bez znajomości muzycznego elementarza.. Podobnie jak w werbalnym świecie, tak i w świecie muzyki konieczna jest bowiem otwartość, znajomość języków i odwaga niezbędna do zaprezentowania własnych opinii, czy poglądów.. Co więcej uważam, iż niezbędna jest potrzeba, aby komunikacja w ogóle nastąpiła, i aby wraz z nią pojawiła się tolerancja/otwartość, która pozwoli zaakceptować, to czego przecież przewidzieć nie sposób.. To tak jakbyśmy mieli do wyboru obcować zawsze z tymi samymi ludźmi, którzy głoszą zawsze te same (często obce nam) opinie, albo spotykać wciąż nowych, których punkt widzenia i światopogląd potrafi nas zaskoczyć.. Pytanie czy jest nam bliżej do jednych czy do drugich pozostaje otwarte przed każdym z nas, a wybór, który przed nami, to wybór jak między wygodą pewności, a przygodą zaskoczenia..

Pozostaje jeszcze na koniec odpowiedzieć sobie na pytanie, jak owa komunikacja przejawia się w muzyce i jak przeciętny słuchacz (który częstokroć słysząc o owej komunikacji w muzyce, szeroko otwiera oczy i nie ma pojęcia o czym mowa), ma ją rozpoznać i zidentyfikować jej wartość? I tu dotykamy problemu, który w muzyce występuje powszechnie - merritum (muzykalność), wymyka się technicznym opisom i możliwościom zamknięcia w regule.. W filmie Phase and face amerykański kompozytor Steve Reich powiedział, iż muzyk musi być odprężony, aby otworzyć swoje wnętrze i przekazać odpowiednią energię.. Myślę, iż można tę wypowiedź uznać za prawdziwą, ale i poszerzyć ją o stwierdzenie, iż tylko w takim stanie jest w stanie zaistnieć komunikacja między muzykiem, muzyką, a słuchaczem (notabene, słuchaczem równie otwartym i, chciałoby się dodać, rozluźnionym)..

7 comments:

eloy express said...

"Phase to face". Inna opinia, sprzed kilku lat: jeśli artysta tworzy wsluchując się w swój wewnętrzny głos, wówczas odbiorca (niezależnie od medium) uzyskuje dostęp do własnego wnętrza i swojego wewnętrznego głosu. Olsten dixit. Dzięki za post! :)

Marcin Oles said...

Tak!! Dziękuję za komentarz, tak bardzo dopełniający tekst i poszerzający moje spojrzenie.. DZIĘKI!!

Anka said...

Ja bardziej pesymistycznie. Jest epoka opakowań, jest też epoka "odnajdywania swojej pasji". Jesteśmy atakowani reklamowym musem "wyrażania siebie", a w szkołach ponoć uczy się teraz "zdobywania informacji" i "przetwarzania informacji". Znikają fakty (oprócz wydajnych medialnie), treści, wartości, meritum rozpływa się w obowiązkowym "własnym wyrazie". Tyle że obowiązkowość tego wyrazu blokuje jego prawdziwe wydobycie się. Masz być sobą na czas. Masz być zaraz jakiś, własny, indywidualny, wyróżniający cię z tłumu. Wyobraźmy sobie np., że "Faust" miałby powstać na czas... Wydaje mi się, że słuchacze nie oczekują od muzyków, by wyrazili własną treść (czytaj: własne wnętrze), ale by wywarli na mnie, słuchaczu - emocję. Silan emocja i zaskoczenie są probierzem wartości rzeczy ("res"). W naszej kulturze codzienna refleksja (lub zabita wraz z Bogiem modlitwa czy medytacja) zanika, a nie ma dla niej zastępnika. Ludzie mają odczuwać przyjemność, wstrząs, ekstazę. A realizacja ich pasji ma być celem do ich przyjemności, zadowolenia. I tylko tym. A gdy nie ma miejsca na refleksję własną, to co może - serio - wnieść komunikacja? Wydaje mi się, że wielu słuchaczy i muzyków jest pokrzywdzonych przez historię, która zmienia ludzi w biednych poszukiwaczy potężnych emocji i własnej pasji.
Moim zdaniem niedosyt zawsze wynika z braku zaspokojenia naszych oczekiwań - tylko te jesteśmy w stanie modelować. Pytanie jest, w jakim stopniu jesteśmy niewolnikami naszych "chcę pięknej muzyki", "oczekuję świetnego koncertu", "muszę się wyrazić, natychmiast". Im większy przymus odczuwania, tym mniejsze skupienie na rzeczy (że nie wspomnę o świadomym działaniu w szerszym kontekście).
Marcinie, optymistycznie zakładasz, że ludzie słuchają, a twórcy zawsze są skupieni. Pozwolisz, że będę czerpać z Twojego optymizmu :)

Marcin Oles said...

Dziękuję za komentarz i ukazanie innego kąta patrzenia.. Notabene, celem mojego wpisu było ukazanie problemu imperatywu, o którym wspominasz i moja interpretacja, jak temu zaradzać.. Co więcej, użyłem słowa komunikacja w dwojakim znaczeniu (posłużę się dla wygody angielskim): pierwsze to stricte muzyczne interplay (to mój postulat, aby muzycy dążyli do komunikowania się między sobą dźwiękami), oraz communication, jako forma transmisji nadawca-odbiorca.. Tytuł artykułu Savoir vivre odniosłem poniekąd do socjologicznych paradygmatów robienia tego, co trzeba/wypada i, jak to nazwałaś, robienia na czas..

Anka said...

Tak, tak, nie umknęło mi to. Ja tylko, niestety, obserwuję, że liczba osób świadomych istnienia tego savoir vivre'u jest znikoma. I to mnie właśnie niepokoi. Że identyfikacje, które wyliczasz, są czymś, czemu słuchacze - i często muzycy - bezwiednie poddają się, że nie jest to dla nich drogowskaz, że nie potrafią korzystać z identyfikacji jako narzędzia komunikacji. Dla mnie ten problem rozpoczyna się na poziomie wychowania i edukacji, nie wiem, czy muzyka "obroni się sama" przed tym społecznym problemem.
Poczateka pozdrawia :)

Marcin Oles said...

Anno, masz oczywiście rację pisząc, że to problem edukacji i swoisty problem społeczny naszych czasów.. Jazz Essence będzie jednak nadal miejscem, w którym można będzie poczytać o tym, iż w poszukiwaniu wartości warto być świadomym odbiorcą.. Pozdrawia m.

Anka said...

Bardzo miło, że jest takie miejsce :)