February 08, 2011

Przymioty dobrego improwizatora..

Poruszany już wiele razy przeze mnie temat improwizacji, będzie zapewne gościł na łamach Jazz Essence jeszcze nie jeden raz.. Jak pisałem wcześniej w Szkicach o improwizacji temat ten traktowany jest zazwyczaj bardzo pobieżnie, a co bardziej istotne, za jego definicją kryją się często zgoła pejoratywne skojarzenia.. W życiu codziennym improwizacja kojarzona jest wszak z tymczasowością i prowizorycznością.. Coś, co powstaje na kolanie, co jest wyimprowizowane, jest też z pewnością prowizoryczne.. Jakże powszechne w społeczeństwach jest traktowanie w ten sposób improwizacji na gruncie muzyki i transponowanie na ten grunt umniejszającej roli prowizoryczności i pośledniości. A przecież w muzyce powinniśmy mówić o czymś z gruntu odmiennym i prowizoryczności w niczym nieprzypominającym. Tutaj improwizacja, to coś ulotnego, nieuchwytnego, a jej wartość kryje się w niepowtarzalności właśnie (choćby tylko tej umownej)..

Utytułowany polski kompozytor Krzystof Knittel w wywiadzie zatytułowanym Bez możliwości poprawiania* powiedział znacząco: Nie ma dobrej improwizacji bez warsztatu. Nie sposób się z tymi słowami nie zgodzić, tym bardziej, iż po nich padają kolejne, jakże trafne i jakże obrazowo przybliżające temat improwizacji w muzyce: Każda fraza w muzyce, która potem będzie brzmiała jak najswobodniej zaimprowizowana, pochodzi z katalogu milionów możliwości, które są w twojej głowie i w twoich palcach, ale te miliony muszą istnieć. Improwizacja nie bierze się z niczego, bierze się z tego, co wypracowałeś, co wielokrotnie zagrałeś. Im więcej razy zagrasz, tym lepiej zagrasz to w czasie improwizowania... Właściwie mógłym te słowa sam powiedzieć, a z pewnością się pod nimi podpisać, aczkolwiek cieszę się bardzo, iż mogę powołać się tu na autorytet kogoś, kto improwizacją zajmuje się od dawna i kto niekoniecznie jest muzykiem jazzowym..

Należy jednak poczynić w tym miejscu pewne sprostowanie i wskazać niewielkie rozróżnienie. Jeśli bowiem możemy powiedzieć, iż dobry improwizator to, choćby z założenia, szalenie pracowicta osoba, z pewnością nie powinniśmy myśleć, iż wystarczy być szalenie pracowitym, aby stać się wybitnym improwizatorem. To, co mam na myśli, to element powtarzalności w improwizacji, swoistego rodzaju cytowanie samego siebie, lub co gorsza, innych. Są muzycy, którzy zawsze grają tak samo, ale nie to samo, ale są też tacy, którzy zawsze grają to samo i tak samo. Różnica między nimi jest często nieczytelna dla większości odbiorców, dlatego w tym miejscu muszę posłużyć się przykładem. Dla ułatwienia będą to znani muzycy, a żeby sprawę uczynić jeszcze czytelniejszą, niech obaj grają na takim samym instrumencie, w tym przypadku saksofonie sopranowym. Jeden z nich to Steve Lacy, drugi to Louis Sclavis i w przypadku obu możemy mówić o indywidualnym stylu grania. Ten pierwszy stosując swoją własną paletę dźwięków osiąga rozpoznawalną niepowtarzalność, ten drugi w swoich improwizacjach używa raczej collage’u, wybierając z własnego zestawu określoną/zamkniętą ilość wzorów i modeli, co czyni jego improwizacje błyskotliwą - aczkolwiek powtarzalną - żonglerką**. Wydaje mi się, iż to taka różnica, jak w posługiwaniu się językiem ojczystym, a językiem nabytym, czyli wyuczonym..

I tutaj przechodzimy do kolejnego z przymiotów, rzec by można, powinności dobrego improwizatora.. Jest nim swoboda, a w przypadku tych wybitnych nawet krok dalej, czyli wolność.. Swobodnym może być bowiem ten, który opanował dany język w sposób perfekcyjny, a w istocie wolnym, tylko ten który ten język stworzył.. Pozwolę posłużyć się paralelą, aby być dobrze zrozumianym.. Otóż nie zostaje filozofem ten, który zna i cytuje dzieła innych filozofów, ale ten który jest w stanie wytworzyć system, swoistą tylko jemu filozofię/język właśnie.. W muzyce, a konkretnie w improwizacji, oznaczać to może dwie rzeczy: po pierwsze, osobisty i niepowtarzalny sposób grania (przez co rozumieć należy ton/sound, frazowanie, ekspresja, etc), po drugie język wypowiedzi, na który składają się dodatkowo autorska kompozycja, dobór muzyków, etc.. Często najlepsi improwizatorzy, to zarazem twórcy własnego muzycznego kontekstu, bowiem jak pisałem wcześniej w tym eseju nie da się stworzyć nowego języka bez nowego materiału..

Każdy ma zapewne swoich ulubionych artystów, ale warto w tym miejscu podkreślić, iż nie chodzi o ulubionych, a o wybitnych.. Louis Armstrong, Charlie Parker, Theolonius Monk, Miles Davies, John Coltrane, Mingus, Komeda, Ornette Coleman, Bill Evans, Anthony Braxton, Steve Lacy, Wayne Shorter, Chick Corea, Pat Metheny, Steve Coleman, to lista tych najwybitniejszych, którzy byli/są wybitnymi improwizatorami, będąc jednocześnie kompozytorami własnego kontekstu improwizacji.. Nie sposób umieścić na niej tych, którzy byli wybitnymi kompozytorami, jak choćby Duke Ellington, ale nie byli wybitnymi improwizatorami, jak i tych, którzy są świetnymi improwizatorami, ale ich kontekst kompozycyjny jest znacznie mniejszy.. Na odrębnej liście, którą można nazwać performerzy, powinni się również znaleźć artyści, którzy stworzyli osobny, a często osobliwy dźwiękowy świat (Cecil Taylor, czy Peter Brotzman).. Ich twórczość, choć bywa inspirująca dla wielu, przez niektórych uznawana jest za jazzową, a to jest daleko posuniętym nieporozumieniem, bowiem ich dźwiękowe światy podlegają zupełnie innym zasadom kreacji..

Postanowiłem zupełnie nie poruszać kwestii warsztatu, bowiem winien on być podstawą, na której opiera się granie muzyki w ogóle.. Nie wierzę, aby interesujące treści mogły być przekazane przez kogoś, kto nie ma narzędzi, aby tego dokonać.. Nie przekaże treści również ten, któremu w pogodni za techniką brakło czasu, aby pomyśleć o tym, co chciałby przekazać.. Niestety, od jakiegoś czasu obserwuję taką tendencję w jazzie i nurtom mu pokrewnym.. Mylenie pojęć i ciągłe obniżanie poprzeczki prowadzi do dewaluacji wartości, jak i manipulowania publicznością, a to nie napawa optymizmem.. Tylko wyedukowany słuchacz jest w stanie się przed tym bronić.. Beauty is not an accident, but a result of intense desire plus deep thought and professional skill..


* AVANT. Pismo awangardy filozoficzno-naukowej

** ekstremalnym przykładem powtarzalności i cytowania samego siebie jest prawdopodobnie gitarzysta Mike Stern..

6 comments:

Jarek Adam said...

Skomentuję Twoj post z punktu widzenia osłuchanego w jazzie laika.Poruszyłeś temat, który mnie zastanawiał od lat a mianowicie dlaczego mimo technicznej doskonalości jednego muzyka uwielbiam a drugiego nie trawię. Już jakiś czas temu doszedłem do wniosku iż to chyba chodzi o wyważone proporcje pomiędzy kompozycją a improwizacją (pozostałe wymienione przez Ciebie cechy muzyka jakby mniej są tu istotne). John Coltane potrafił z kilku nutek złożyć chwytliwą melodię, aby później odpłynąć w świat długich improwizacji, wracał do stworzonego wcześniej motywy i znowu odpływał, atakował natłokiem dźwięków, aby po chwili pogłaskać uszy spokojem. Powiedziałbym, że zawsze proporcje kompozycji do improwizacji były zachowane. Podobnie odczuwam na przyklad Theloniousa Monka. Z drugiej strony są muzycy jak John Zorn, niestety dla osłuchanego laika część z jego nagrań to kompletnie bezsensowny stek, ciągłej, nudnej improwizacji. Być może nie dorosłem do tej muzyki a być może poza technicznie doskonałą improwizacją nic w niej nie ma. W każdym razie ja w niej nic nie znajduję. Podobnie nie odnajduję przyjemności w słuchaniu jazzu bez improwizacji. Skłonny byłbym stwierdzić, że w tym wypadku nie mamy do czynienia w ogole z jazzem, bo chyba to właśnie improwizacja jest jej istotą.

Marcin Oles said...

Dziękuję bardzo za wartościowy komentarz!! Choć kwestia, którą opisałeś zastanawia mnie niemniej mocno od dość dawna, nie jestem skłonny do jednoznacznej diagnozy, jakoby relacja improwizacji do kompozycji była rozwiązaniem tej tajemnicy.. Co bowiem w przypadku muzyki, w której improwizacji nie ma, lub ma ona charakter ornamentacyjny? Tam też są artyści, których faworyzujemy i tacy, którzy nas odrzucają.. Moc największych miary Coltrane'a czy Monka zawiera się w pojedynczej nucie i nie trzeba nic więcej ponadto, albowiem w pojedynczym dźwięku byli oni w stanie zamknąć cały ich mikrokosmos, całą treść własnej osobowości.. Cała reszta w ich przypadku, to dodatek, dzięki któremu mamy szansę cieszyć się muzyką ludzi genialnych.. Zorn i jemu podobni, to z kolei persony elokwencji i muzycznego sprytu, pozbawione raczej prostodusznej potrzeby odkrywania swoich dusz przed publicznością.. W tych skrajnych przypadkach ('Coltrane'a i Zorna') sprawa jest dla mnie bardziej oczywista, niż ma to miejsce w przypadku artystów mniej zdefiniowanych.. Podobnie jak Ty, cenię w muzyce równowagę między improwizacją, a kompozycją, szlachetność przekazu i dbałość o relację wszelkich elementów dzieła muzycznego, a bardzo często doświadczam muzycznych rozczarowań.. Czy, aby nie dlatego?
marcin

Anonymous said...

Podałem tylko jedno z kryteriów, którymi posługuję się rozwiązując 'tajemnicę'. Dotyczy ono tylko muzyki, w której spodziewam się występowania improwizacji, czyli w praktyce ogranicza się do jazzu (ewentualnie do muzyki psychodelicznej z lat 60/70). Wspomniana muzyka ornamentacyjna nie należy do gatunku, który odbieram stosuja to kryterium. Gdy słucham artystów, w muzyce których znajdują się odpowiadające mi (osąd zupełnie subiektywny) proporcje kompozycji do improwizacji poddaje je dalszej analizie. Tutaj zaczynam oceniać na przykład poziom współpracy danych muzyków lub brzmienie. Wiem, że określenie 'poziom współpracy' brzmi dosyć enigmatycznie, ale w skrócie chodzi o to jak na przykład zaproszeni muzycy, radzą sobie w zachowaniu własnego charakteru oraz w podążaniu za tym co wyznacza lider. Czasami słucham nagrań, w których odnoszę wrażenie że 'każdy sobie rzepkę skrobie'. Dotyczy to też uwielbianego przeze mnie Coltrane'a, kompletnie gubie się słuchając 'Ascension' lub 'Olatunji' (wspomniane dwa nagrania może nie są najlepszym przykładem bo nie odpowiada mi stosunek improwizacji do kompozycji, nie przeszły kryterium nr 1). Z drugiej strony mamy Colamana raz 'Free Jazz', niby niezależne ekipy na każdym kanale ale jednak jakaś spójność w tym jest.
To co przed chwilą napisałem naprowadza mnie na kolejne (mimo iż chciałbym aby to była nieprawda) kryterium oceny muzyki a mianowicie jak na ciebie wpływa dane nazwisko. Jestem niemal bezkrytycznie zakochany w Coltrane, czy to oznacza, że oceniając jego następne nagrania będę brał poprawkę na to wcześniej nagrał a co kochałem? Prawdopodobnie tak! Biorąc do ręki płyte, którą normalnie bym odrzucił (Olatunji) i nie wiedząc kto był autorem z pewnością byłbym bardziej radykalny w ocenie. Ponieważ wkładając płytę do CD wiedziałem, że zabrzmi Coltrane byłem bardziej powściągliwy w ocenie. Czyli w kryterium oceny dodajemy: sentyment? Chyba złe słowo... No właśnie dodajemy ten element, który się nazywa 'nazwisko'. Czasami chyba siła nazwiska powoduje, że jesteśmy bardziej wyrozumiali dla pewnych słabości.
Jarek

Marcin Oles said...

W pełni rozumiem Twoje podejście w słuchaniu i analizowaniu muzyki, i choć określiłeś się mianem laika, jest ono nad wyraz poważne.. Nie w pełni natomiast zgadzam się na to, aby uznawać tzw. nazwisko za kolejne kryterium oceny.. Co więcej, cała istota istnienia Jazz Essencei moje tutaj pisanie temu przeczy, a ja nadal będę uznawał, iż takie podejście jest jedną z nieuświadomionych przyczyn podziału w świecie muzyki.. Rzecz jasna, niezmiernie trudno nie odwoływać się do pewnych gwarancji jakie wnosi ze sobą nazwisko artysty, ale jakże ważne jest zachowanie dystansu do jego twórczości..
m

Anonymous said...

Ponownie do odbioru muzyki wkraczają emocje, czyli zupełnie nie sposób ich wyodrębnić w pełni. Oczekiwania również co do gwarancji, o których wspomniałeś przysparzają niemałego problemu, w przypadku chęci ‘obiektywnej” oceny. Może zatem, jeżeli występuje silna potrzeba oceny muzyki w przedstawionych przez Ciebie kryteriach, wsłuchiwać się w nią bez wstępnych oznaczeń, swoista no-logo music, a dopiero później docierać do informacji o jego twórcy. Myślę, że wówczas jedynie miałbyś gwarancję potencjalnie obiektywnej oceny, ponieważ jak wiadomo, wiele subtelnych czynników na nią oddziałuje.
Jest to możliwe, wszak wiele utworów, które słyszymy po raz pierwszy, nie znając ich twórców/wykonawców, odczytujemy jako wartościowe. Oczywiście ta wartość naznaczona jest poziomem wiedzy, jaką dysponujemy. Dla muzyka, lub osoby zorientowanej w sztuce tworzenia taki odbiór będzie miał zupełnie inny rezultat, niż dla kogoś, kto tak jak ja muzykę odbiera czysto intuicyjnie i nie zastanawia się nad poszczególnymi aspektami, jak warsztat, umiejętności, wirtuozeria, lecz odbiera dany utwór globalnie. Owszem istotne jest też osłuchanie, tak więc im więcej słucham, tym łatwiej jest mi wyodrębnić pewne niuanse. Nie jestem pewna, czy dość jasno się wyraziłam;) Tworzenie dystansu wobec czegoś, co wpływa na emocje, oczekiwania i wewnętrzne uwarunkowania wydaje się być niezwykle trudnym zabiegiem, choć w pewnej mierze można go w sobie wypracować.
serdecznie
alicja

Anonymous said...

Ponownie do odbioru muzyki wkraczają emocje, czyli zupełnie nie sposób ich wyodrębnić w pełni. Oczekiwania również co do gwarancji, o których wspomniałeś przysparzają niemałego problemu, w przypadku chęci ‘obiektywnej” oceny. Może zatem, jeżeli występuje silna potrzeba oceny muzyki w przedstawionych przez Ciebie kryteriach, wsłuchiwać się w nią bez wstępnych oznaczeń, swoista no-logo music, a dopiero później docierać do informacji o jego twórcy. Myślę, że wówczas jedynie miałbyś gwarancję potencjalnie obiektywnej oceny, ponieważ jak wiadomo, wiele subtelnych czynników na nią oddziałuje.
Jest to możliwe, wszak wiele utworów, które słyszymy po raz pierwszy, nie znając ich twórców/wykonawców, odczytujemy jako wartościowe. Oczywiście ta wartość naznaczona jest poziomem wiedzy, jaką dysponujemy. Dla muzyka, lub osoby zorientowanej w sztuce tworzenia taki odbiór będzie miał zupełnie inny rezultat, niż dla kogoś, kto tak jak ja muzykę odbiera czysto intuicyjnie i nie zastanawia się nad poszczególnymi aspektami, jak warsztat, umiejętności, wirtuozeria, lecz odbiera dany utwór globalnie. Owszem istotne jest też osłuchanie, tak więc im więcej słucham, tym łatwiej jest mi wyodrębnić pewne niuanse. Nie jestem pewna, czy dość jasno się wyraziłam;) Tworzenie dystansu wobec czegoś, co wpływa na emocje, oczekiwania i wewnętrzne uwarunkowania wydaje się być niezwykle trudnym zabiegiem, choć w pewnej mierze można go w sobie wypracować.
serdecznie
alicja